Jestem dość energiczną i żywą osobą. Lubię być ciągle w ruchu, żyć intensywnie. Zawsze jestem nastawiona na tryb działania. Lubię żyć szybko, ale się nie śpieszyć. Tempo mojego życia zmusiło mnie poniekąd do sięgnięcia po lakiery hybrydowe. Z początku biegałam do kosmetyczki raz w miesiącu na pazurki, jednak z czasem skompletowałam sobie własny zestaw do robienia hybryd w domowym zaciszu.
Jak to się zaczęło?
Gdy na rynek kosmetyczny zaczęły wchodzić zestawy z lampami do domowego użytku, to byłam dość sceptycznie nastawiona. W końcu ja z kosmetyką miałam niewiele wspólnego, a moje kosmetyczne uniesienia ograniczały się do umycia twarzy i nałożenia kremu. Jednak z czasem zauważyłam, że jest to spora oszczędność zarówno pieniędzy, jak i czasu. Pod wpływem chwili (i promocji) zakupiłam w drogerii internetowej swój zestaw i zaczęłam przygodę z hybrydami.
Trudne początki
Moje początki były dość trudne. Nie będę tego ukrywać. Wyjeżdżałam na skórki, trzęsły mi się dłonie i tworzyłam nieestetyczne zacieki. Wiedziałam, że tak będzie, więc kupiłam na początku jasne odcienie lakierów. Ale z czasem zaczęłam śmigać z bardziej odważnymi kolorami, a mój manicure wyglądał co raz lepiej. Dzisiaj śmiało mogę nakładać na paznokcie taki trudny (i przecudowny zarazem) fioletowy lakier Semilac Mardi Gras, a moje skórki nie są nigdzie zalane! Biorąc pod uwagę bardzo korzystną zmianę mojego komfortu życia, wszystkim bardzo serdecznie polecam zakupienie swojego zestawu do hybryd!

Mamy jesień. Dni stają się co raz krótsze, co raz częściej odwiedza nas deszcz. We wrześniu zaczynamy kompletować garderobę na tę porę roku. Wybieramy wiatrówki, płaszcze, buty, czapki, szaliki i wszelkie dodatki. Z pasteli przerzucamy się na burgundy, bordo, szarości, czernie. Nasze makijaże stają się ciemniejsze. Sięgamy po bordowe pomadki, czerwienie, brązy. Stylizacje naszych paznokci również się zmieniają. Pastelową miętę, czy pudrowy róż powoli zastępujemy ciemnymi odcieniami.




